Mobbing czy błędna komunikacja?

Zgodnie z kodeksem pracy „mobbing oznacza działania lub zachowania dotyczące pracownika lub skierowane przeciwko pracownikowi, polegające na uporczywym i długotrwałym nękaniu lub zastraszaniu pracownika, wywołujące u niego zaniżoną ocenę przydatności zawodowej, powodujące lub mające na celu poniżenie lub ośmieszenie pracownika, izolowanie go lub wyeliminowanie z zespołu współpracowników”.

Zacznę od tego, że bardzo lubiłam swoją pracę.Może nawet trochę za bardzo – ja po prostu żyłam pracą. Miałam dużo obowiązków, pracowałam 10-12h dziennie, często również w weekendy, podejmowałam się różnych projektów, miałam bardzo dużą potrzebę sprawdzenia się, wykazania się, pokazania się. 

Pisząc to, chcę skupić się na dwóch przełożonych, z którymi miałam szczęście lub nieszczęście pracować. Jedną z nich bardzo szanuję i pomimo, że nasze drogi rozeszły się nie do końca w przyjemny sposób – z perspektywy czasu doceniam. O drugiej z nich nie mogę powiedzieć chyba nic dobrego i jest to dla mnie dzisiaj bardzo zaskakujące, że ta kobieta wciąż tam pracuje i wciąż ma pewnego rodzaju przyzwolenie na pewne zachowania. 

Moja pierwsza przełożona, nazwijmy ją Kasia nie cieszyła się chyba nigdy ogólną sympatią w tamtej instytucji. Mówiło się o niej, że jest nieprzyjemna, hermetyczna, niektórzy się jej wręcz bali. Ja też się jej bałam – zanim zaczęłam z nią pracować. Była zawsze bardzo wyniosła, poważna, zamknięta w sobie. Jednak atmosfera w biurze była bardzo w porządku. Kasia była przełożonym, który nie bał się odpowiedzialności i obowiązków, który rzetelnie wykonywał swoją pracę. Miałam poczucie wsparcia z jej strony, nie bałam się zapytać o radę czy przyznać się do błędu. Fajnie było też razem wypić kawę czy pożartować. 

W pewnym momencie ta sytuacja, ta atmosfera po prostu uległa zmianie. Kasia stała się do mnie zdystansowana, w biurze nie było rozmów, nie było żartów. Kiedy zadawałam pytania, Kasia z wielkim trudem udzielała mi odpowiedzi, mogę nawet powiedzieć, że z niechęcią. Było nieprzyjemnie. Chodzenie do pracy stało się trudne, przebywanie w biurze było dla mnie bardzo stresujące. 

W tamtym momencie chciałam z tamtąd uciec. 

Ciężko mi dzisiaj opisać emocje, które mi wtedy towarzyszyły, ale najłatwiej jest mi je chyba określić, jako niepokój. Miałam poczucie ciągłego niepokoju. Do dzisiaj nie wiem, nie rozumiem, co zaszło pomiędzy mną, a Kasią, co doprowadziło do zmiany w naszej relacji i przez to do pogorszenia atmosfery w biurze. Kasia nigdy ze mną o tym nie porozmawiała. Zamiast tego przyjęła strategię karania ciszą i pasywnej agresji. Ja sama też nie wiedziałam, jak z nią porozmawiać ani jak tę sytuację zmienić – wybrałam drogę ucieczki. 

Gdzie uciekłam?

Do mojej drugiej przełożonej, nazwijmy ją Ewa. 

Ta wydawała się po prostu świetna. Otwarta, przebojowa, wzbudzała zaufanie, obiecywała gruszki na wierzbie i ja to wszystko kupiłam. Wydawało mi się, że wygrałam los na loterii. Myślę, że dzisiaj byłoby mi bardzo trudno przywołać tamte wydarzenia i emocje. Ale w dniu, w którym złożyłam wypowiedzenie napisałam artykuł. Sama dla siebie. Dzięki temu mogę teraz opisać to wszystko oddając to tak, jakby to się stało wczoraj, a nie lata temu.

Podjęcie decyzji o złożeniu wypowiedzenia było dla mnie bardzo trudne, ale uznałam, że nie mam innej możliwości – nie mogłam spać, nie mogłam jeść, bo każdy posiłek powodował nudności, miałam ogromne problemy z koncentracją. Złożenie wypowiedzenia miało mi pomóc, miało zakończyć tę nierówna walkę. Dzięki temu miałam już nigdy nie usłyszeć, że „wszyscy mnie nienawidzą”, że „wszyscy mówią, że jestem okropna”, nikt więcej z kpiną w głosie miał mi nie mówić, że jestem „wredna”, „nielubiana”, „nieogarnięta”, miałam już nie musieć wysłuchiwać ocen mojego charakteru i być przekonywana, że taka właśnie jestem, tylko sama o tym nie wiem, bo nie potrafię na siebie spojrzeć tak jak ona – moja przełożona Ewa.

Praca z tą osobą była różna, jak wszędzie trafiały się lepsze i gorsze momenty, dlatego też nie od początku rozumiałam, co tak na prawdę się dzieje. Pierwsza sytuacja konfliktowa miała miejsce około roku przed tym, jak złożyłam wypowiedzenie – były wtedy rozmowy na mój temat, było skłócanie mnie z moimi współpracownikami, było zastraszanie, ale „w białych rękawiczkach” – „Nie chcę Cię zwolnić przecież, ale ja nie wiem co ja mam z Tobą zrobić. Wszyscy Cię nienawidzą i nikt nie chce z Tobą pracować. Musisz się poprawić. Chcę Ci dać szansę”. 

Z perspektywy czasu dodatkowo niepokoi mnie to, że podobne kwestie były wypowiadane w obecności innej osoby, na stanowisku wyższym niż moje, która dawała temu poparcie – nazwijmy ją Ela.

Bardzo się wtedy przejęłam. Zastanawiałam się na sobą, nad swoim zachowaniem i doszłam do wniosku, że skoro moje przełożone mówią mi, że jestem zła, konfliktowa i że mnie wszyscy nienawidzą, to musi w tym coś być i zapewne ja tego po prostu nie widzę. Zdecydowałam zapisać się na terapię i popracować nad sobą. 

Wkrótce sytuacja się zmieniła, atmosfera rozluźniła i całe to zamieszanie poszło w niepamięć. Przez kolejne miesiące okazjonalnie, z uśmiechem na twarzy Ewa rzucała w moją stronę lekko kąśliwe komentarze; usłyszałam też, że się poprawiłam i, że jest to jej zasługa – bo mnie postawiła do pionu. 

Po kilku miesiącach ponownie zrobiło się nerwowo, pewne zachowania zostały powtórzone, doszło do tego trzaskanie drzwiami i ostentacyjne nierozmawianie ze mną – taka forma kary (bez wyjaśnienia za co). Po kilku dniach znowu wszystko wróciło do normy i toczyło się swoim torem. I tak to wyglądało później przez cały czas – było kilka tygodni miłej atmosfery i kilka dni obrazy, potem znowu dobra atmosfera i znowu obraza. Idąc rano do pracy starałam się być przygotowana na każdy z nastrojów. 

Z czasem zauważyłam w tym wszystkim pewną zależność – za każdym razem, kiedy osoby z najwyższego szczebla stawiały mojej przełożonej wymagania bądź zarzuty, ona wracała do biura i wyładowywała się na mnie. Wszelkie błędy były zawsze moje, sukcesy – nasze. 

Sytuacja eskalowała bardzo dynamicznie, absurd gonił absurd. Ewka nie miała pojęcia czym się zajmuję ja lub moi współpracownicy, nie zdawała sobie sprawy z tego, ile czasu pewne zadania zajmują oraz, że wykonujemy swoje zadania po kolei, jedno po drugim, upewniając się, że wszystko zostało dokończone. Wpadała do biura, rzucała poleceniami, wychodziła. Wracała godzinę później z wyrzutem, że jej polecenia nie zostały wykonane, a próby tłumaczenia, że najpierw muszę skończyć jedno, a dopiero potem zabrać się za kolejne zadanie komentowane były następująco: „nie kłam, przecież wiem, że ty nic nie robisz” lub „nic nie robisz tylko patrzysz się cały dzień w monitor lub w jakieś papiery”. Później doszło straszenie „pójdę na spotkanie i powiem, że ty Lidia Lejko nie zrobiłaś tego, że ty nic nie robisz”. Ten brak wsparcia i zrozumienia był uciążliwy i najgorsze w tym momencie było to, że żadne próby tłumaczenia, wyjaśniania nie działały, liczyło się tylko jej ego – „będziesz robić co Ci każę”

Nastał taki moment, że przestałam robić więcej. Przychodziłam do pracy na 8h i robiłam tyle, ile zdążyłam w 8h. Przestałam się wyrabiać, coraz częściej słyszałam, że nic nie robię. Elka zabrała mi premie, zaraz potem stanowisko. Próbowała mi też zmniejszyć wynagrodzenie na umowie.

Ostatecznie ten ciągły chaos, niewiedza co mnie czeka po przyjściu do pracy, zastraszanie, trzaskanie drzwiami, nierealne terminy wykonywania zadań, brak organizacji pracy, brak zaangażowania i zainteresowania przełożonego pracą, brak kompetencji przełożonego, przerzucanie odpowiedzialności, obarczanie winą, nierówne traktowanie i stres z tym wszystkim związany wpłynęły na moje zdrowie tak, że po raz drugi w mojej karierze zawodowej dostałam zwolnienie chorobowe. 

To nie zostało dobrze odebrane.

Docierały do mnie różne informacje, Ewa i Ela zamykały się w biurze i za zamkniętymi drzwiami pracowały nad strategią odebrania mi obowiązków. Miałam dość i uznałam, że skoro i tak nie wygram, to muszę odejść. To nie była dla mnie łatwa decyzja. Byłam już wtedy z Łukaszem, rozmawialiśmy o dzieciach i odejście z pracy bardzo kolidowało z moimi planami na życie. Ale Łukasz wtedy zauważył, że będąc w takim stanie, w takim stresie zajście w ciąże może być niemożliwe. Że muszę odpuścić. Wydawało mi się, że złożenie wypowiedzenia sprawi, że sytuacja się uspokoi.

A tak się nie stało. Absurdom nie było końca. 

Ewka wyniosła moje rzeczy z biura, kiedy ja byłam jeszcze na chorobowym, zabrała dostępy do systemów, ściągnęła tabliczkę z nazwiskiem z drwi. Zaczęła przerzucać moje zadania na inne osoby. To był jeden wielki chaos. Na wszystko były procedury, wszystko można było zrobić bardzo sprawnie. Mój okres wypowiedzenia mogłam poświęcić na przekazanie swoich obowiązków, na wdrożenie kogoś na moje stanowisko. Ewa nie miała pojęcia o lwiej części pracy, jaką ja wykonywałam. Nigdy jej nie rozumiała, nie wiedziała ile czasu i energii to zajmowało. Ciągle powtarzała, że „to nie wymaga dużo pracy, to jest nic”. 

Warto tutaj zaznaczyć, że całe to „nic” to było całe stanowisko, praca która od lat zajmowała etat. 

Ewka nie miała w zwyczaju się przepracowywać. O 12 wychodziła z pracy mówiąc „dziś się już napracowałam, zmęczyłam się”. Uważała, że jest genialna w zarządzaniu. Była genialna – ale w przerzucaniu pracy na innych, mówiąc, że sama przecież „nie ma nic do roboty”

Przez tydzień od dnia, w którym złożyłam wypowiedzenie spędzała czas w pracy na wizytach w innych biurach i jednostkach, gdzie przekonująco opowiadała każdemu, kto ją chciał słuchać, jak bardzo została przeze mnie pokrzywdzona i zdradzona, jaka ja jestem zła i nieodpowiedzialna oraz, że ja sobie nie poradziłam z pracą i uciekłam. 

Kiedy wróciłam do pracy po chorobowym moje rzeczy były z powrotem na moim biurku, bo ktoś poinformował Ewę, że to są rzeczy osobiste, których nie powinna ruszać bez mojej zgody. Spakowałam się i przeniosłam się do biura naprzeciwko, ale tam też jej przeszkadzałam więc kazała mi się przenieść do jeszcze innego biura, do Eli, która formalnie też była moją przełożoną. Dostałam maila, że moje stanowisko pracy jest gotowe więc spakowałam, co moje i zeszłam na dół, żeby się przekonać, że to stanowisko pracy to mały okrągły stolik z laptopem w kącie pokoju. 

Ewka przez te dni, które jeszcze byłam w pracy ani razu nie podeszła do mnie, żeby zainteresować się moimi obowiązkami, które powinnam komuś przekazać. Część pracy przekazałam dziewczynie, która została do tego wyznaczona i która, z tego, co wiem nie podołała temu zadaniu. Ja po kilku dniach przeszłam na chorobowe. 

Początkowo zależało mi na tym, żeby ten ostatni miesiąc przepracować i nauczyć kogoś tego, co wiedziałam. Jednak te wszystkie sytuacje doprowadziły do tego, że się poddałam. Dowiedziałam się, że jestem w ciąży, bardzo źle się czułam i ostatecznie zaakceptowałam to, że nikt mi nie odda sprawiedliwości i, że muszę się skupić na sobie i swoim samopoczuciu. 

Leave a Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Shopping Cart
Scroll to Top